Ludzie nie mają honoru.

Czerwona sofa.
Samurai.

Im więcej dni upływa, tym częściej stwierdzam, że ludzie nie są tacy, za jakich się uważają. Mam dość niejednoznaczności i opadają mi ręce, kiedy widzę, że moje wszelkie starania idą w niepamięć.
Nie ma litości.

Wrzesień był pod znakiem „łóżka”. Leżałam, spałam, chorowałam. Cały czas. Chodziłam do pracy po czym po 2 dniach znów łóżko.
Napisałam dwa projekty. Dzisiaj oddaje ostatni.

Ostatnio rozczula mnie wszystko, a raczej szpital. Idę po tym korytarzu i myślę sobie, ze tak nienawidzę tego miejsca.
Wychodzę z samochodu i mijam zakład patologii, a obok samochód pogrzebowy…taki obraz budzi mnie co kilka dni przed 8 rano.

Po czym wieczorem wychodzę sobie na jedzenie i do kina. W menu w restauracji przeglądasz dania…i czytasz z niedowierzaniem „szyjki rakowe”…nie umiem nie skojarzyć sobie tego z tym jednym. A w kinie, zasiadasz na fotelu, popijasz sok a gdy bohater filmu nagle jest śmiertelnie napromieniowany i wymiotuje, ma zmęczone oczy…cóż.

Dziwny czas. W każdym razie jest w tym jedna nadzieja, dzisiaj koleżanka podrzuciła mi artykuł o szczepionce na raka prostaty.
Zajęło trochę czasu by dotrzeć to tej kobiety, która zajmuje się tymi badaniami.
Zawsze to jakiś ruch do przodu. Zobaczymy.

A oto płyta w której dzisiaj zakochałam się bez reszty.

Wierzyć przeczuciom? Nie wierzyć?
Wierzyć. Dwa lata targały mną zmienne odczucia, niczym chorągiewka na wietrze…jak często zmieniał się wiatr tak często kierunek.
I wystarczyło zaledwie 3 dni, by ujrzeć w pełni to, kim ktoś naprawdę jest. Teraz nie mam wątpliwości, moja intuicja nie zawodzi, ona po prostu była zwodzona, ale mimo zmiennych bodźców nie dawała mi spokoju i wytchnienia. Wiedziała.

Patrząc na zupełnie nowe sprawy, okazuje się, że intuicja jest zawsze ze mną. To jest tak niezwykłe, że moje przeczucia się zgadzają. Łatwiej mi, chociaż trudniej też…bo co jeśli nagle zapragnęłoby się, by ta wizja odczuć się nie spełniła?

żeby życie choć raz mnie zaskoczyło i nie zmuszało w niektórych momentach do założenia twardego niewidzialnego pancerza…
chciałabym.

Nic dwa razy się nie zdarza
i nie zdarzy. Z tej przyczyny
zrodziliśmy się bez wprawy
i pomrzemy bez rutyny.

Choćbyśmy uczniami byli
najtępszymi w szkole świata,
nie będziemy repetować
żadnej zimy ani lata.

Żaden dzień się nie powtórzy,
nie ma dwóch podobnych nocy,
dwóch tych samych pocałunków,
dwóch jednakich spojrzeń w oczy.

Wczoraj, kiedy twoje imię
ktoś wymówił przy mnie głośno,
tak mi było, jakby róża
przez otwarte wpadła okno.

Dziś, kiedy jesteśmy razem,
odwróciłam twarz ku ścianie.
Róża? Jak wygląda róża?
Czy to kwiat? A może kamień?

Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś – a więc musisz minąć.
Miniesz – a więc to jest piękne.

Uśmiechnięci, współobjęci
spróbujemy szukać zgody,
choć różnimy się od siebie
jak dwie krople czystej wody.

W.Szymborska

Zawsze uwielbiałam opowiadania, wiersze, listy, pamiętniki…
Potem kolejność się zmieniła, aż do czasu, kiedy po prostu zaczęłam pisać listy, pamiętniki, wiersze, opowiadania.
TYLKO PIÓREM.

nie ma pióra, nie piszę.
i tak przestałam pisać prawie pół roku…pióro się zepsuło, nie miałam pieniędzy na nowe.

Nie wytrzymałam. Znalazłam je. Okleiłam plastrem z laboratorium.
Poszłam po tusz: „poproszę niebieski” – nie ma…(myślę sobie, ku**a, zawsze jest niebieski). Miło się uśmiecham – „poproszę zatem czarny”.

Wróciłam. Zabrudziłam cały mały zlew w łazience, siebie i jedną bluzkę.
Nic nie szkodzi. Zadziałało wszystko. Jest.

Znów wycinam, wyklejam, piszę.
Listy z trawą..z papieru i kwiatkami z katalogu od odczynników (tam zawsze są ładne kolory i papier kredowy- kwiatki wychodzą ładniejsze).

Czytam Mrożka i Lema…”Listy”..od dwóch lat..pamiętam, jak czytałam i próbowałam napisać coś w tym „innym stylu”..
Co to były za listy…pisane po nocach…w łóżku z latarką…
Tęsknię..chcę pisać listy, wiersze opowiadania.

LISTY.
Kocham papeterie i różne koperty. Weszłam na allegro kupiłam 70 sztuk kopert. Kolory wiosny! :)))
Czekam kiedy przyjdą..

Tylko to PIÓRO. Liche. Nie wiem ile wytrzyma, ale musi, nie mam teraz czasu i pieniędzy by kupić nowe. Przecież to nie prosta decyzja, trzeba je poczuć w dłoni, wyważyć jak smyczek w rękach..hmm…

 

Z tego wszystkiego, zebrałam dzisiaj pokaźny zbiór opowiadań, wierszy i listów…
Przeczytałam Stachurę „Pokocham ją siłą woli”…
Kiedy skończyłam, nie oddychałam.

Lynell Waterman opowiada historie o pewnym kowalu, który postanowił położyć kres swoim młodzieńczym wybrykom i poświęcić duszę Bogu. Przez wiele lat pracował bardzo ciężko i udzielał się charytatywnie. Jednakże mimo całej pobożności wydawało się, że nic nie dzieje się w jego życiu tak, jak trzeba. Wręcz przeciwnie, jego problemy i długi
z każdym dniem piętrzyły się coraz bardziej.

Pewnego popołudnia odwiedził go przyjaciel i litując się nad opłakana sytuacją kowala, powiedział:

- To naprawdę bardzo osobliwe, że gdy postanowiłeś stać się człowiekiem bogobojnym, twoje życie nagle zmieniło się na gorsze. Nie chciałbym osłabić twojej wiary, ale pomimo głębokiej ufności, jaką masz, w twoim życiu nie widać żadnej poprawy.

Kowal nie odpowiedział od razu. Często myślał o tym samym i nie potrafił zrozumieć, co tak naprawdę stało się z jego życiem. A ponieważ chciał dać odpowiedź przyjacielowi, zaczął coś mówić i koniec końców sam znalazł wyjaśnienie, którego od dawne poszukiwał. Oto co rzekł kowal:

-Do mojej kuźni trafia surowa, nieobrobiona stal i muszę wykonać z niej miecz. Czy wiesz jak to się dzieje? Najpierw podgrzewam metal do czerwoności, a potem tłukę
w niego bezlitośnie najcięższym młotem, dopóki metal nie przybierze kształtu, który jest mi potrzebny. Następnie zanurzam go w kadzi z zimną wodą i całą kuźnie wypełnia syczenie pary, metal zaś skwierczy i trzaska w odpowiedzi na nagłą zmianę temperatury. Muszę powtarzać tę czynność dopóty, dopóki miecz nie stanie się doskonały: jeden raz nie wystarczy.

Kowal zamilkł na dłuższa chwilę, zapalił papierosa i podjął na nowo:

-Bywa jednak, że stal nie wytrzymuje tej obróbki. Wysoka temperatura, uderzenia młota oraz zimna woda powodują, że pęka. Wtedy wiem, że nigdy nie będę w stanie wykuć z niej dobrego ostrza miecza i wrzucam ten metal na stertę złomu, którą widziałeś u wejścia do mojej kuźni.

 Kowal znów przerwał, po czym powiedział:

- Wiem, że Bóg poddaje mnie próbie ognia. Pogodziłem się z ciosami losu i czasami czuję się tak zimny i obojętny jak ta woda, która zadaje ból stali. Ale taka jest moja jedyna prośba: Nie poddawaj się Boże, dopóki nie stanę się taki jakim chciałbyś mnie widzieć. Zrób to w jakikolwiek sposób, który uważasz za najlepszy, i tak długo, jak ci się spodoba, ale tylko nie wyrzucaj mnie na złomowisko dusz.

coelho paulo

Zaangażowanie zawsze sprawiało mi najwięcej kłopotów. Nie dlatego, że nie potrafię się zaangażować, wręcz przeciwnie. Cokolwiek robię, czegokolwiek się dotknę i zaczyna mi zależeć, mój poziom zaangażowania rośnie proporcjonalnie do działań. Nigdy nie obserwowałam siebie na tyle, by móc poznać ten schemat, ale raz na jakiś czas, ktoś „z zewnątrz” powie mi kilka zdań, na tyle ważnych, że wiem, że mówi właśnie o tym. I nawet wiem kiedy dokładnie mi ktoś o tym wspomina. Wtedy, gdy mój poziom zaangażowania jest najwyższy! To dla mnie jak kontrola, że właśnie przesadziłam…
Jak można przesadzić w zaangażowaniu? Można.

Na tyle już znam siebie, że potrafię jasno określić moment, kiedy nawet to uczyniłam. Wtedy już wiem, że popełniłam błąd, że nie będzie dobrze, że przegięłam. Ten stan kojarzy mi się ze stanem artysty, który w amoku tworzenia, jest na tyle zaangażowany, że nagle okazuje się, że po prostu oszalał :)
Tak. To jest taki stan. Na szczęście, mnie zawsze się włącza czerwona lampka- alarmowa. Bardzo dużo nad tym pracuję, bo nie sprzyja to mojemu samopoczuciu, jestestwie, rozstraja mnie moje „przegięcie” na tyle mocno, że potem już wiem, że mogę na spokojnie odpuścić sobie wszelkie działania przez długi czas. Wtedy najlepiej nawet wyłączyć telefon i wyjechać :) Nikt mi w to nie uwierzy, ale nie dbam o to. Ten specyficzny stan, poznaje u siebie o wielu lat i wiem jak jest.

Czym charakteryzuje się „takie zaangażowanie”?
Tym, że stajesz się w 120% tym nad czym pracujesz, rządzą emocje i wnikasz tak głęboko w temat, że nie zauważasz niczego co się dzieje wokół ciebie. Kiedyś taki stan miałam 3 dni, chorowałam 2 miesiące.
To było 2-3 lata temu.  Teraz taki stan trwał 2 godziny, od tygodnia próbuję wrócić do „normy”.
Zaskakujące także jest to, że najczęściej są to działania dla innych! nie dla siebie.Jak pracuję ze sobą, angażuje się, wiem, kiedy ile mogę- może ta świadomość, że samej siebie nie wykorzystam, że nie poczuję się wykorzystana przez siebie, daje mi ten spokój i balans. Najwięcej błędów p0pełniam angażując się w czyjeś działania. I najgorsze, one z perspektywy nie są wcale takie ważne! Nie stają się ważne i nie są wyznacznikiem przyszłości.

Musiałam to wszystko napisać. Więcej się widzi.

Napisałam do mojego kolegi, który zawsze pojawia się wtedy, kiedy „coś podobnego się dzieje”..napisał mi trochę rzeczy, a zakończył…

„O wiele mniejszą stratą jest  to, że ktoś cię oszuka, niż jeśli w związku z tym miałby człowiek zamknąć serce, stracić swoją wrażliwość.”