Ostatnio dużo marzę. Wstaję rano, idę ulicą, skręcam na uczelnie, potem laborki…czasem się łapię, że na tych zajęciach mnie po prostu nie ma.
Jak miałam może z 5 lat, wraz z moimi funflami Przemkiem, Arkiem i Agatą siedzieliśmy na środku uliczki i bawiąc się w piasku, zastanawialiśmy się… ile drabin musiałoby się postawić by wejść na Księżyc. Hmm…pewnie dużo nam wyszło, nie wspominając już jakie to my przygody przeżyliśmy;)
Minęło kilka lat, poszłam do podstawówki. Pierwsza poważniejsza praca domowa: „Przynieś swoją ulubioną książkę i przeczytaj jej fragment”.
Dobrze pamiętam, co to była za książka „Tajemnice kosmosu”… nie rozumiałam połowę słów, które czytałam, ale czułam, że odkrywam coś bardzo ważnego dla mnie.
Mania związana z kosmosem, układami gwiazd, planetami, nie zakończyła się na podstawówce. W każde wakacje, wraz z Przemkiem i Arkiem( któremu dałam buziaka za przejechanie się jego nawiuśkim góralem;),leżeliśmy na kocach do późnej godziny (czyli takiej, do której nie wyskoczyła któraś z mam i nie zaczęła krzyczeć- „Do łóżek!!”) i gapiliśmy się w niebo. To dzięki chłopakom odnalazłam Duży wóz, Mały wóz.
W liceum pomyślałam, że może by pójść na astronomię, jednak wtedy uważałam, że ja to humalistka i nie będę się ciągać po jakiś politechnikach. Poza tym, każdy po cichu smiał się, jak z odwagą na formu klasy opowiadałam o mym największym marzeniu: Polecieć na Ksieżyc.
Studiuję.
Na politechnice.
Nie astronomię.
W te wakacje kupiłam sobie mapkę gwiazdozbiorów. Jak debil wstawałam wcześnie rano, by ujrzeć Gwiazdę Poranną (Wenus)…
A w lutym zapragnęłam zobaczyć zorzę polarną…
Taką jak na Alasce…
Nie ma puenty. To wspomnienie bardzo tkwi we mnie, bardzo często o nim myślę…
Dlatego zasługuje, by je opisać i pozostawić. Może puenta się znajdzie…





Na „zachete”: http://www.todaysphoto.org/potd/aurora-alaska.jpg