I koniec. Ostatni egzamin zaliczony. Jeszcze jakiś jeden wpis, ale chyba już większych problemów nie będzie. Wróciłam z uczelni. I zrobiłam chyba wszystkie zaległe rzeczy jakie ostatnio zaniedbałam. Przede wszystkim moje ukochane kwiatki, poukładałam płyty, wywaliłam niepotrzebne notatki, kserówki, wszystko. Zamieniłam je nowymi kserówkami tym razem związane z mgr. Skleiłam nawet kolczyki…ciekawa z nimi historia, kupiłam je w Bieszczadach, podczas „Bieszczadzkich Aniołów”, piękne. Ale ciągle się rozsypują. Kupiłam już klei i takie biedne posklejane, czekają by znów je założyć. Ostatnio zaczęłam się bać jednak, że się tak pokruszą, że już nic się nie da zrobić. A takie piękne wspomnienia jakoś przy nich mnie trzymają…w sumie, przy każdych kolczykach,jest jakaś cudowna historia.
Powracając jednak. Koniec. K O N I E C.
Ale nie taki zwykły koniec. Wiem, że już za dwa tygodnie nie będę chodzić na laborki, na wykład, nie będę się zmuszać by iść na jakieś ćwiczenia…
Nie będę spotykać codziennie tych samych ludzi, no może raz w tygodniu się pojawie, ale co to jest …
Nie żebym za tym wszystkim bardzo tęskniła, swoje już przeżyłam.
Ale chyba się nieco boję, tego nowego.
Nieco boję ale i bardzo cieszę, że nareszcie będę mogła poświęcać więcej czasu na zapomniane pasje, bądź bardzo zaniedbane.
Fuck! Nie wiem co piszę, przecież tak nie myślę. Chyba ciężko oderwać się od tego co było przez pięć lat.
Znów trzeba znaleźć sposób na każdy dzień, nie popaść w marazm i poznawać.
Poznawać zjawiska, ludzi, świat.
Poznawać by chciało się w nim żyć, by poczuć choćby chwilkę tego szczęścia i zadowolenia.
Mój ukochany Michael…




stary, dobry Michael!
az ciarki przechodza po plecach:) a nogi same rwa sie do tanca.
Pozdrawiam:)