Kiedyś prawie stracone.
Za nieposłuszność. Za swą brzydotę.
Za to, że kochały. Mocno. Bezgranicznie.
Przerzucane z plastikowej do glinianej.
Z małej do dużej. Z dużej do małej.
W końcu obdarte z ubrań, czekały na swą kolej.
Czekały.
By umrzeć.
W ciemnym pokoju, każdego wieczoru drżały,
Jak galareta przed strzelającym ogniem rozrżarzonego pieca.
By nikt nie usłyszał. Cichutko płakały.
Niekiedy, któreś głośniej zaszlochało.
Nie miały nikogo.
Nikt nie otarł ich maleńkich kropelek łez.
Zostały same.
Samotne.
Kiedyś prawie stracone.
Za nieposłuszność. Za swą brzydotę.
Za to, że kochały. Ślepo. Bezgranicznie.
Teraz.
Bezszelestnie obserwują każdy ruch. Emocje.
Koją. Chłoną złe myśli, odciągają smutki.
Każde z przeszłością. Własną historią.
Stoją.
Na pianinie.
Moje kwiatki



