Mam niewiarygodną zdolność przystwarzania sobie problemów:)
Myślę, że za to powinnam dostać NOBLA!
Jeśli tylko poczuje choćby chwilę nudy, albo stwierdzę, że już mam czym się zajmować, to i tak potrafię wymyślić tyle dodatkowych zajęć, że potem siedzę na łóżku i płaczę do poduszki, że nie mam siły!

To chyba jest choroba. Nieuleczalna.
Nie nazwałam jej jeszcze, ale sądzę, że warto.

Zatem co tym razem?
Nie ogarniam wszystkiego. Lab, próba jedna, druga, piąta, lab, zespół piąty, dziesiąty, spotkanie, tłumaczenie, kombinowanie, pranie po nocach, nic nie jedzenie /ale nie dlatego, że się odchudzam, albo nie chce mi się robić – może kiedyś się zdobędę, żeby napisać czemu – teraz nie jem/- hehee…nie jem…ale 4 pączki wciągnęłam! :P Znów zmieniłam temat.
W ciągu niecałych dwóch dni zdecydowałam się pojechać na narty!
I nie ma w tym nic dziwnego, bo nie takie rzeczy się robiło w szybkim tempie, gdyby nie fakt, że nart nigdy nie miałam na nogach, nie mam sprzętu, odzieży i wybieram się z ludźmi których widziałam dwa razy na próbie :]

Sprzęt wypożyczę, spodnie albo pożyczy mi znajoma, albo kupię. Wprawdzie mam tylko czas do jutra, a w sumie do dziś, do jakiejś 16, bo o 17 wyjeżdżamy, a pracuje jeszcze. Znalazłam już na to rozwiązanie;)…w labie zawsze znajdzie się czas, kiedy próbka np. inkubuje się 2 godziny ;) Oby tylko jutro znalazła się taka…

Zatem weekend w Szczyrku.
Żebym tylko:
nie połamała sobie rąk,
nóg,
nosa,
nie powybijała ząbków i przede wszystkim
nie zgubiła gdzieś na stoku swojej małej blond główki!