Niekiedy z pomocą jest ciężko. Chciałoby się pomóc sobie, ale nie wie się jak. Próbuje się wtedy wszystkiego, wynajduje zajęcia, próby, wycieczki, baseny, szachy, gry, zakupy, szycie, oglądanie, bieganie, picie, palenie, czytanie…Wszystko, żeby myśleć nieco mniej. Żeby przynajmniej własny głos nie dotarł do Ciebie, bo wtedy byłoby…
Ok, pomoc sobie, to w sumie mała odpowiedzialność. Bo jeśli nawet, dzieje się krzywda, to tylko Tobie. Nie krzywdzisz nikogo obok. To tylko sobie samemu zadajesz rany kłute, szarpane – wszystkie chwyty dozwolone. Ale co zrobić, jak masz taką naturę, że nie potrafisz bezczynnie patrzeć, jak ktoś obcy potrzebuje pomocy?
Naturalnym odruchem staje się – pomaganie!
No i próbujesz, słuchasz, gadasz, kombinujesz. Nagle zamiast przystopować, idziesz dalej i zaczynasz działać, jakbyś miał sobie pomóc. Delikatnie podszczypujesz, potem mocniej szarpiesz, kłujesz, wyszarpujesz… Kiedy już nabierasz rozpędu, zaczyna przychodzić Ci do głowy, że nie o to Ci chodziło i całe to pomaganie komuś możesz najzupełniej w świecie wywalić do śmieci. Możesz zapomnieć o tym, że właśnie miałeś sprawić, by ktoś się uśmiechnął. Na pewno tego nie zrobił.
Ciężko pomóc sobie. Jeszcze ciężej komuś.
Za to mnie, chyba kiedyś, za mój „ostry język” powieszą i spalą na stosie.