Chyba godzina 1 jest moją godziną pisania…
Wyjeżdżam na Ukrainę. Z AOPŁ.
Pakuję się. To znaczy, próbuję się spakować, choć póki co spakowałam wiolonczelę, poukładałam nuty i wyjęłam stój na koncerty. Ciągle w głowie słyszę kurz 1 16 (kiedyś może opiszę dokładniej co to znaczy). Chyba zapisze mi się ten utwór w życie już na zawsze.
Właśnie zdałam sobie sprawę, że już prawie maj. Poczułam zapach bzu. Mojego ukochanego bzu, na który tak zawsze czekam. W oczach pojawiły się świeczki, gdy mogłam już dziś go po prostu mieć.
Na chwilę, na jedną noc.
Tak mam: w maju czekam na bez. W czerwcu na konwalie…
Ostatnio niestety jestem bardzo sentymentalna. Przeszkadza mi to w wielu codziennych czynnościach. Słucham muzyki, kojarzę ją z czymś i nagle taki spadek sił, idę chodnikiem, wdycham zapach ziemi i znów coś mi się przypomina. Niby nic, ale jak jest się już z kimś w towarzystwie, to przestaje to być miłe ponieważ …no właśnie…ponieważ…nagle czujesz jak w oku napływa taka wielka kropla łzy. I wtedy skupiasz się na tym, by ta łza przypadkiem nie wyciekła Ci na polik, by ktoś przypadkiem nie zobaczył. Uff… trudne to.
Jest maj. A ja jakbym tkwiła w marcu. Nie wiem czemu. Pierwszy raz tak mam. Gdyby nie te zielone liście pojawiające się wokół i ten niezwykły zapach, to wmawiałabym wszystkim, że jest marzec.
Mija kolejna minuta, a ja…nie spakowałam nawet jednej rzeczy.
I znów słyszę w głowie ten dźwięk …



