Wsiadłam do tramwaju numer 14 i wygodnie usadowiłam się z plecakiem i wiolonczelą w ręku.
Włączyłam muzykę. Nie było dużo ludzi, ale słońce i duchota przygniatała od wewnątrz każdego.

Jadąc, zastanawiałam się, dlaczego w sumie tak bardzo się ekscytuje tym koncertem…
Można by szybko zapytać, czy w ogóle jest „coś” co mnie nie ekscytuje? ;)
No ale o to by zapytał ktoś znajomy. A mnie chodzi tylko i wyłącznie plątanina moich myśli.
Nie chodzi przecież o sam fakt, że właśnie jest koncert na którym gram, ponieważ mam dużo sposobności występowania. Jak nie w tutaj, to w Łodzi, zawsze gdzieś coś wymyślę…
I nagle mnie oświeciło.
Ten KONCERT w pewien sposób podsumował moje ostatnie kilka miesięcy. Pisałam wcześniej, że repertuar wywiera na mnie niekontrolowane emocje, a każdy utwór to odrębna, bardzo silna emocja. Chyba te wszystkie dźwięki, teksty, harmonia bardzo mi przypomniały ostatnie chwile, intensywne, bardzo nieprzewidywane, zaskakujące każdego dnia. Tak jak to ładnie powiedział dyrygent,  ten koncert ma uruchomić nasze serce… Może właśnie to uczynił…

Najpiękniejsze na samym koncercie było to, że słuchały go osoby, które są dla mnie ważne. Może i to brzmi jakoś patetycznie i wyniosło. Nie obchodzi mnie to.
ONI byli! Przyjechali! Słuchali!
Do dziś jednak nie wiem, jak ja to zrobiłam, że naprawdę byli. Obok mnie.
Po prostu. Od tak.
Dzięki! :)