Weekend był dość intensywny. Rozpoczął się w piątek od parapetówki, gdzieś na końcu świata Warszawy a zakończył w Tomaszowie na grillu z moimi kumpelami z podstawówki. Oj…działo się! :)
Co ciekawe, myślałam, że będę padnięta po tych wojażach, a tutaj jakby dodatkowy silnik się włączył.
Ze spaniem nadal mam duże braki, ale za to pograłam na pianinie, posiedziałam na tarasie, obiadek zjadłam na dworze… powietrze zapachniało prawdziwymi wakacjami, sianem! Ech…uwielbiam mój dom…

W drodze do stolicy zdążyłam przeczytać książkę, szybko skoczyć do moich drożdży do labu, podlać kwiatki, zmienić wodę różom (niezwykłe te róże, mam je od poniedziałku, a wyglądają tak, jakbym dostała je dziś! Są piękne! Nie pamiętam kiedy dostałam takie „mocne” okazy)
A teraz…a teraz słucham koncertu Archive z 2006 roku, który odbył się w Trójce! :) Świetny koncert! Genialny!
A to dopiero 22:30!?! Wow! Zawsze takie fajne zajęcia rozpoczynałam mocno po północy!! Czyżbym zaczynała wszystko ogarniać? :)

A jutro?
A jutra już nie mogę się doczekać. Biegnę do empiku i odbieram kolejną książkę do przeczytania! Powinna być kilka dni wcześniej, ale gdzieś się zawieruszyła. Jakoś wytrzymam do tej 16-17 w pracy a potem pochłonę każdą kartkę, każde słowo, każdą literkę tej książki! :))))

Ooooo….właśnie słyszę Again….uciekam do tych cudownych dźwięków!