Od kilku dni zamierzam się by coś napisać. Zaczęłam chyba ze 3 razy nowe posty i co… i jakoś nastrój się zmieniał i następnego dnia, gdy otwierałam „szkic” moje słowa wydawały się zupełnie obce.
Ostatnie dni spędziłam bardzo intensywnie. Naładowałam energię podczas zbierania czarnych porzeczek u mojego dziadka, oczyściłam się z wielu dręczących mnie myśli, popłakałam sobie do krzaków, posłuchałam muzyki, pośpiewałam… potem nagle pojawiłam się na 1 dzień w Tatrach, zaliczyłam Zawrat, Kozi Wierch i wróciłam żlebem Kulczyńskiego. Niezła wprawka na Orlą (Orlą zdobywamy prawdopodobnie za tydzień, dwa). Wróciłam rano w poniedziałek prosto do pracy z gigantycznym brakiem snu.

Zaczęłam biegać. Nie podoba mi się miejsce gdzie biegam, bo bardzo dużo ludzi się tam kręci, ale chyba nie mam wyjścia. To znaczy jest wyjście: nie biegać. Ale ta opcja nie wchodzi w grę. Więc załaduję sobie mp3 jakąś muzą i może uda mi się wyłączyć od wszystkiego wokół mnie.

Co jeszcze…
chyba to…