Rano roztrzęsiona. Gdy usłyszałam jak lutnik mówi: tutaj niedobrze, dusza stoi bardzo źle, podstawek wygięty, pęknięcie na płycie…oczy nagle mi się tak zaszkliły. Wystarczyło wyjść tylko od niego, łzy same leciały ciurkiem…
Jeszcze nigdy od 6 lat nie zostawiałam mojej wiolonczeli u lutnika, nigdy diagnoza nie brzmiała tak źle a świadomość, że mogłam to spowodować ostatnimi walkami z podstawkiem jeszcze bardziej sprawiały, że nie mogłam opanować łez…
Miałam przyjechać po nią jutro rano. Pan Michał – lutnik, napisał, że mogę przyjechać już dziś. Więc rzuciłam moje żele laboratoryjne i pojechałam…
Szkoda, że tego nie słyszycie…ona brzmi jak inny instrument. Cudownie brzmi…dusza była za duża, źle ustawiona, pęknięcie nie było na wylot, podstawek naprostowany. Zagrałam parę dźwięków…nie mogłam przywyknąć…przecież to nie ten instrument.
Moja wiola w porównaniu do widzianych przeze mnie wiolonczel jest trochę „inna”. Jest smukła, wykonana z dość cienkiego drewna i płaska. Jej płyta wierzchnia jest mniej wypukła niż większość. Myślałam, że to źle. Nikt wcześniej nie mówił mi o niej wiele, a jak już to wydawało mi się, że sporo jej brakuje.
Lutnik powiedział, że to nic nie szkodzi, że jest taka płaska- że to może lepiej dla brzmienia.
Powiedział, że ma na pewno kilkadziesiąt lat! Twierdzi, że z okresu międzywojennego… nie powiedział dokładnie. Myślałam, że jest zdecydowanie kilkunastorocznym instrumentem. Sporo mi o niej opowiedział i oczywiście jak każdy lutnik, który ją widział skomentował ” choć pomalowana jest bardzo współcześnie”… tak …ktoś ją potraktował bejcą, nierówno pomalował…ale ja ją i tak kocham. Mnie wystarczy, że jest moja. Nie szkolna. Tylko moja moja. Najpiękniejsze jest to, że faktycznie tchnął w nią duszę. Nareszcie ktoś się na niej poznał, uleczył i zaczyna brzmieć tak jak powinna zawsze!

Tak się cieszę, tak bardzo bardzo się cieszę :)
Pan Michał jest magikiem!