Jeszcze nigdy w życiu nie śniła mi się wiolonczela. W sobotę obudziłam się przerażona. Śniło mi się, że wszystkie struny poszły, a szyjka od wioli pękła. Otworzyłam oczy i pomyślałam, przecież ja dzisiaj gram!?! Bałam się spojrzeć w stronę instrumentu…i nagle dotarło do mnie, że…to tylko sen. Ale się wystraszyłam.

Tego dnia – czyli w sobotę, grałam w Kutnie na ślubie mojej przyjaciółki – nigdy tak dobrze mi się nie grało! Nie tylko, że organista- weterynarz był odjazdowy, bo genialnie grał to dodatkowo zgraliśmy się tak szybko, jakbyśmy ćwiczyli to z tydzień. Fakt, że grałam z plastrem na palcu i zdecydowanie mi to przeszkadzało, ale dałam radę! Pierwszy raz byłam zadowolona z tego co słyszę.
Przyjechałam wczoraj, położyłam się padnięta. I znów….

Śniło mi się, że moja wiolonczela roztrzaskała się na małe malusieńkie kawałeczki. Tego już nie dało by się skleić, naprawić. To był już full emocjonalny! Zerwałam się z łóżka spojrzałam na zegarek – spałam zaledwie 30 min! Spojrzałam na futerał. Stał nieruchomo…uff…
Wróciłam pod kołdrę i spokojnie zasnęłam…

Co ona mi się tak śni ???