Niemożliwe to tylko wielkie słowa rzucone na wiatr przez maluczkich, którzy godzą się z naturalną koleją rzeczy, zamiast wykrzesać siłę, by ją zmienić. Niemożliwe to nie fakt. To jedynie opinia. Niemożliwe to nie deklaracja. To wyzwanie. Niemożliwe to potencjał możliwości. Niemożliwe jest chwilowe. NIEMOŻLIWE NIE ISTNIEJE.
Jadę do Tomaszowa. Nareszcie! Bardzo mi się tęskni za domem, psem kolekcjonującym kamienie, sąsiadką która wie wszystko o wszystkich, jedzeniem śniadania na dworze, piciem kawy na tarasie, ścieżkami na Źródłach, lasem w Smardzewicach, wodą nad Zalewem…
Jakieś kiepskie dni u mnie nastały. W sumie to od poniedziałku jakoś czuję zgryzotę, niezrozumienie i wszechogarniającą pustkę. Dodatkowo jestem przeziębiona, wyleczyć się nie potrafię i ta moja głowaa….znów daje mi popalić. Nie bolała mnie od ponad miesiąca! To naprawdę niezły wynik, więc jakoś zniosę dzisiejszy ból…
Myślę o tej mojej szybkości i próbuje sobie przypomnieć czy kiedykolwiek było inaczej…Nie było. I co teraz mam się zmienić, bo nikt nade mną nie nadąża? Jak przeanalizuję sobie jakieś sytuacje w mym życiu, to stwierdzam, że zawsze byłam sama. I nie dlatego bo szłam szybciej, tylko dlatego, że nikt nie chciał iść tą samą drogą co ja…Czemu? Nie mnie jest odpowiadać na to pytanie.
Nie znalazłam swojego miejsca. Wiem to. Jak wiele rzeczy jeszcze nie zobaczyłam i bliskich mi osób jeszcze nie poznałam. Szukam mego miejsca. A moja prędkość to może właśnie tego objaw.
Sprawdzam, dotykam, odczuwam. Jak dziecko, które nie bardzo jeszcze wie jak dane rzeczy się nazywają i muszą je złapać, ugryźć, powąchać…Badam i stwierdzam co mi się podoba a co nie. Czego mi brakuje a czego nie. Co jest dla mnie dobre, a co nie. I nic w tym dziwnego, bo większość z nas ciągle czegoś szuka, czasem znajduje a czasem nie…
Ostatnio co mnie dość często spotyka od strony ludzi to zaskakujące postrzeganie mojej osoby łączące się niekiedy z krytyką. Dobra krytyka nie jest zła, pod warunkiem, że mówią je osoby, które faktycznie miały okazję Cię poznać. A wiemy jak to w życiu jest, o sobie dowiesz się najwięcej od kogoś kto ledwo co jest w stanie zrozumieć samego siebie…
Me leżenie w łóżku sprzyja przemyśleniom…
Zauważyłam, że mówię tak wiele co robię, a tak niewiele co czuję…
Bo przecież kto wie, kiedy jestem naprawdę szczęśliwa? Kto wie kiedy naprawdę płaczę i dlaczego…
Można by mi zarzucać pewne upodobanie do rozczarowań, jednak ze względu na fakt, że wszyscy kochają sukces, trzeba – w trosce o symetrię – by był ktoś, kogo pociąga porażka.
Choć mniej trudzą się i mniej brudzą się, ale strasznie nudzą się w deszcz …
Ciągle siedzę w labie i tłukę te PCR-y. Dziś zepsuł się komputer i z żelami musiałam zasuwać na III piętro. Jedyne co powinno mnie ucieszyć to fakt, że w końcu mam swojego OASTL-C. Nawet sklonował się 100%, ale co z tego jak walczyłam z nim ponad miesiąc. Teraz to nawet jakby wszystkie kontrole wyszły i odkryłabym jakiegoś towarzysza do białka to pewnie też by mnie to nie ucieszyło.
Zrzucę dzisiaj ten ponury nastrój na pogodę.
Tak…to przez pogodę, człowiek taki jakiś siaki i owaki.
Nie chce mi się stąd wychodzić, bo jak pójdę do siebie, trzeba będzie po pierwsze ogarnąć w pokoju, potem wypadałoby coś zjeść, potem pewnie bym już coś wymyśliła w sumie to już wymyśliłam co powinnam robić- grać! tym bardziej, że w mieszkaniu nikogo nie ma i nie powinno nikomu przeszkadzać długo nocne piłowanie, mam kilka listów do napisania, kilka rzeczy do przeczytania…
telefon…
już nie muszę myśleć. Idę na piwo.
A potem… jak pójdę do siebie, ogarnę w pokoju, coś zjem i pogram, poczytam książkę, albo napiszę choćby jeden list…
Zaczepił mnie dzisiaj rano w pracy ukochany portier pan Zenek.
W ręku trzymam pudełka z kruchym lodem…zatrzymuje mnie i mówi:
„Pani Agato muszę pani powiedzieć coś bardzo osobistego.” Znieruchomiałam.
Pan Zenek kontynuuje: ” Niech pani tak nie pędzi, bo nie wiem czy pani wraca, czy już drugi raz tutaj jest! Niech pani tak nie pędzi, bo nikt pani nie dogoni ” :)
Dobre! Przyznaje.
Zatem…
pędzę zrobić łóżko
SPROSTOWANIE NA PROŚBĘ PEWNEJ DRĘCZĄCEJ MNIE OSOBY:
Pan Zenek powiedział tak naprawdę tak: „Niech pani tak nie pędzi, bo żaden facet pani nie dogoni”.
No i ma rację.
Uff…ochłonęłam nieco.
Jak tak pomyślałam, to czynności jakie wykonywałam przy mojej wiolonczeli, można by porównać do operacji na otwartym sercu. Tutaj struny leżą, podstawek na parze. Nawet muzykę wyłączyłam, bo czułam jak drgania wchodzą na pudło i się bałam o duszę. Teraz wiola musi odpocząć kilka dni od tego stresu co sobie zafundowałyśmy.
Doły brzmią zajebiście! Tylko nie wiem jak ta góra…jutro pogram. Dziś już nic nie wysłyszę.
Pomyślałam wieczorem, że coś pomajstruję przy mojej wioli, bo ostatnio jakoś jej brzmienie mi nie odpowiadało. Przesuwałam podstawek, ale to nic nie dawało. Pomyślałam…Wiem! Zrobię jak Piszczor (mój dawny nauczyciel od wiolonczeli). Zdejmę podstawek, podgrzeje go na parze z czajnika, wysuszę suszarką, wypoleruję papierem ściernym co mi tata dał i pięknie ustawię struny na niej. Naciągnę kołki…i naciągnęłam!
Pękła struna A! :] Aż się spociłam z wrażenia! fuck!
Na szczęście mam zapasowe, tylko nie z tego samego kompletu. Teraz fakt, wiolonczela jest głośniejsza, ale z emocji już nie wiem, czy brzmi lepiej czy gorzej, czy podstawek dobrze stoi…
Agato!?…i po co to było?
Zapomniałam napisać a ważne – DUSZA NIE SPADŁA!! Uff…tego bym już nie zniosła.
Nie mogłam spać w nocy. Chyba ze zmęczenia.
Obejrzałam film THE WALL PINK FLOYD, posłuchałam kilku kawałków Armii o 4 rano i w końcu uznałam, że może po prostu poleżę, sen sam przyjdzie. I przyszedł…