W Warszawie. Wróciłam. Dwie godziny temu.
I pojechałam w te Tatry! I co?
I na „dzień dobry” spotkało mnie tyle nowych wrażeń, że trudno to ubrać jakoś pięknie w słowa.
Może hasłami napiszę taką wyliczankę…ale się nie da. Wiem o tym, za duuużoo tego było.
Zbyt intensywnie by to wymienić.

Nową trasą dotarłam w Tatry. Trasa z promem! Tak, przepływałam promem jadąc w góry :))
Na zegarku 22 więc w pewnym dreszczykiem emocji, mieszającym się z niesamowitą ekscytacją szłam w ciemnościach przez las do schroniska w dolinie Roztoki, by tam przespać nockę.

Wcześnie rano szybkie wejście do MOKA (Morskiego Oka), naleśniki i gadatliwe wejście na Rysy te polskie i słowackie (Polski wierzchołek Rysów ma 2499 m n.p.m. a słowacki 2501 m n.p.m.). Potem konieczne wejście do Chaty pod Rysami (mieści się po stronie słowackiej) i obowiązkowe wypicie jak dla mnie nigdzie nie smakującej tak dobrze jak tam – gorącej czekolady z bitą śmietaną :)
Powrót był szybki a grono towarzyszy wyprawy powiększyło się o pana Rysia :)

Żeby nie było zbyt nudno, powrót następnego dnia do domu odbył się - górami!
Świstówka, naleśniczki z Dolinie Pięciu Stawów i dosłownie zbieganie do Wodogrzotów Mickiewicza. Parking. Samochód. To nie koniec historii, ale chyba teraz nie mam sił na więcej :)
Wiem jedno – nareszcie czuję się WYMĘCZONA, ZMĘCZONA, ZADOWOLONA :)
 
 
Śpijcie dobrze, oby Waszego Snu nie przerwał żaden niedźwiedź ;)
 
 
A! I nogi pomoczyłam – to już nie w górskim strumyku, tylko w stawie Jana. Dla odmiany w Łodzi!