Wpisy z miesiąca Listopad, 2009

Jeśli ktoś się zastanawia, gdzie się zaszyłam, schowałam, podziałam, czemu się nie odzywam itp…
To informuję – jestem, tylko… częściowo niedostępna ;)
Gram, czytam i próbuję nadrobić niemiecki.
Procentowo wygląda to tak: granie 80%, czytanie 15 %, niemiecki 5%.
Muszę koniecznie zmienić proporcje.
Noo ale, co mam zrobić, jak ostatnio tylko granie pozwala mi skupić myśli…?

Dzisiaj rozkminiłam kolejny kawałek. Tym razem nietypowe wykorzystanie wiolki:

Uff…:)

A co do mojej wolności. Dzisiaj wprowadziła się Zosia.
I tyle z grania o 2 w nocy…:(
Ech…

Jest niedziela. Niektórzy uważają ten dzień jako pierwszy dzień tygodnia. Chyba coś w tym jest.
Dla mnie ta niedziela to ostatni dzień naprawdę wyczerpującego tygodnia.
W każdej sferze życia ten tydzień był wymagający.
Odważne decyzje, poważne rozmowy, zacięte dyskusje.

Wczoraj pożegnałam Angela. Pojechałam z Nim na lotnisko, posiedziałam, wypiłam kawę, pomogłam rozwiązać zaistniały problem. Ledwo co, by nie wyleciał wczoraj. Ale wszystko się udało.
Ciekawe. Tydzień temu też Kogoś żegnałam. Też na lotnisku. Wtedy tylko było bardzo wcześnie i może mniej smutno było, gdyż prawdopodobieństwo ponownego spotkania jest zdecydowanie większe niż z Angelem.
No bo kiedy Angel znów będzie w Polsce…?
Wniosek jest jeden. W mieszkaniu postałam tylko ja. Moja sąsiadka wyleciała do Japonii, będzie po Nowym Roku. Angel przyleci raczej nieprędko, a tajemniczy Pan Andrzej, pojawia się tylko kilka dni w tygodniu i to jeszcze nie w każdy.
Pamiętam, jak pisałam we wrześniu, że tyle ludzi się pojawiło w mieszkaniu i czuję się nieswojo, gdyż całe wakacje byłam sama. Teraz czuję się nieswojo, bo nikogo nie ma :)
Jakie to wszystko przewrotne.

Mimo to, bardzo cieszę się z tego czasu, który na mnie czeka, gdyż mam zamiar go poświęcić totalnie na muzykę. A nie powiem – wolne mieszkanie sprzyja pomysłom i szeroko pojętej wolności, za którą, w pewnych aspektach bardzo tęskniłam. Teraz znów dostałam od losu parę chwil dla siebie.
Już nie muszę się martwić, że 2 w nocy, to za późno na granie.
Przynajmniej do końca 2009 roku ;)

Miałam próbę z Kah.
Było świetnie! :)

Udało zagrać się kawałek Montana Skies Gringo Flamenco
Brzmi naprawdę zaskakująco dobrze i robimy już kolejny kawałek…który?
Nie powiem :P

Głodna jestem.
Głodna i mam roboty w cholerę. W sumie to wszystko dzisiaj by było idealnie, ale zabrakło mi 4ul plazmidowego DNA! Nie wiem jak to się stało, że przeoczyłam ten fakt!
I całe moje wczorajsze zaszczepianie, dzisiejsze przygotowanie, wirowanie, liczenie i planowanie poszło się je….!
No i siedzę biedna, strzeliłam do bakterii, wylałam 2 szalki z LB+kan i czekam…żeby na jutro urosły mi kolonie, w poniedziałek jak dobrze pójdą wezmę je do sekwencjonowania…więc będzie wynik we wtorek. I jak wyjdzie dobrze, to we środę mogę powtórzyć wszystko…
Dopiero we środę!

Wiem wiem…inni przejmują się bardziej przyziemnymi sprawami

Kolacja nie kolacja, spotkanie nie spotkanie, spacerowanie nie spacerowanie.
Wszystko inne a niby takie samo.

Słucham, gram, siedzę, myślę.
Myślę, siedzę, gram, słucham.
Gram, słucham, myślę, siedzę.
Siedzę, myślę, słucham, gram.

Za dużo.
Może się położę…?

Historia z Korgiem jest kosmiczna!
Umówiłam się ze znajomą na próbę. Kah – gra na gitarze, przynajmniej do tego spotkania tak mi się wydawało. Miałyśmy się spotkać i wymyślić muzykę dla Gori.
Wchodzę do mieszkania Kah i widzę pianino elektryczne. Siadam i po prostu umieram z wrażenia.
Klawisze w pełni ważone, dynamiczne. Pedał na wzór akustycznego pianina…
Pytam ile zapłaciłaś? Ona, że jakieś 3 tys kilka lat temu…
Więc zaraz zapomniałam o nim, bo nie stać mnie po prostu na taki wydatek, tym bardziej, że ma wiolka czeka już kilka miesięcy na lutnika a w sumie to na nową podstrunicę…

Jednak nie mogłam zapomnieć…i z kim tylko się spotkałam paplałam, jakie to fajne pianino i że takie efekty,klawisze i jakbym chciała takie mieć…
 
 
korg
 
I co…?
I znajomy przesyła mi link do aukcji na allegro- Korg sp200. Cena dużo mniejsza.
Spojrzałam, ale wyłączyłam, no bo nie mam kasy – pomyślałam.
Znajomy mówi ” zadzwoń, zapytaj się za ile chce go naprawdę sprzedać ”
Myślę „ale po co, przecież i tak nie kupię”…

Uparty mówi: „zadzwoń i zapytaj się kiedy można zobaczyć…”
Zadzwoniłam, umówiłam się i kupiłam…

A za co?
Za raty u kolegi…
Od stycznia 100 zł miesięcznie! :)))

Zrealizowanie tego marzenia zajęło mi niecały tydzień.
Musi coś z tego być, bo chyba nigdy tak łatwo mi nic nie poszło.
No może zakup wiolonczeli. Też był bardzo szybki…

Będzie coś z tego.
Wiem to!

Pierwszy raz podjęłam decyzję o rezygnacji z czegoś.
Z czegoś co pokochałam, poświęciłam dużo energii, czasu.

Poszłam na próbę. Bez wiolonczeli.
Grałyśmy we cztery: dwoje skrzypiec, dwie wiolonczele. W planach był jeszcze akordeon.
Serce mi się radowało, jak w myślach słyszałam dźwięki tego, co mogłyśmy grać…

Jednak jak to w związku…
Chłopak..wszystkim znajomym się podoba, jest przystojny, szarmancki i wcale nie głupi, ale…
Ale Ty po prostu nie czujesz tego. Nie wiesz czemu…
Nie ma tej cholernej chemii
I nawet jakby bardzo się chciało, nie wskrzesisz jej, bo nie potrafisz, bo nie wiesz jak.

Dziwne to uczucie, ale…

Serce nie sługa

Cały wieczór wczoraj grałam.
Trochę czuję dziś łapy, ale nie palce co ciekawe, tylko ręce…dawno je tak nie rozciągałam.
W ogóle nie mogę dzisiaj wysiedzieć, ciągle coś słyszę w uszach. Jakbym mogła to bym pobiegła do siebie i pograła. Nawet dzisiaj rano wcześniej wstałam i sprawdziłam, czy pamiętam to co wczoraj wymodziłam na pianinie.
Ale się cieszę, że mam tego Korga. Bardzo mi brakowało temperowanego instrumentu.
A to dzisiaj znalazłam :)

Boli mnie głowa.
Nadal. Od 2 dni.

Przeszła.

Boli mnie znów.
Od rana.

A moje tabletki nie działają.

Dawno nie miałam takiego poniedziałku.
Wprawdzie sen przerwany wyprawą na lotnisko, a w labie też sporo pracy i czekania na bakterie… ale to nic…
Jeśli te elementy są wypadkową tego, jakie brzmienia dzisiaj znalazłam, mogę takie poranki przeżywać codziennie :)