Jest niedziela. Niektórzy uważają ten dzień jako pierwszy dzień tygodnia. Chyba coś w tym jest.
Dla mnie ta niedziela to ostatni dzień naprawdę wyczerpującego tygodnia.
W każdej sferze życia ten tydzień był wymagający.
Odważne decyzje, poważne rozmowy, zacięte dyskusje.
Wczoraj pożegnałam Angela. Pojechałam z Nim na lotnisko, posiedziałam, wypiłam kawę, pomogłam rozwiązać zaistniały problem. Ledwo co, by nie wyleciał wczoraj. Ale wszystko się udało.
Ciekawe. Tydzień temu też Kogoś żegnałam. Też na lotnisku. Wtedy tylko było bardzo wcześnie i może mniej smutno było, gdyż prawdopodobieństwo ponownego spotkania jest zdecydowanie większe niż z Angelem.
No bo kiedy Angel znów będzie w Polsce…?
Wniosek jest jeden. W mieszkaniu postałam tylko ja. Moja sąsiadka wyleciała do Japonii, będzie po Nowym Roku. Angel przyleci raczej nieprędko, a tajemniczy Pan Andrzej, pojawia się tylko kilka dni w tygodniu i to jeszcze nie w każdy.
Pamiętam, jak pisałam we wrześniu, że tyle ludzi się pojawiło w mieszkaniu i czuję się nieswojo, gdyż całe wakacje byłam sama. Teraz czuję się nieswojo, bo nikogo nie ma :)
Jakie to wszystko przewrotne.
Mimo to, bardzo cieszę się z tego czasu, który na mnie czeka, gdyż mam zamiar go poświęcić totalnie na muzykę. A nie powiem – wolne mieszkanie sprzyja pomysłom i szeroko pojętej wolności, za którą, w pewnych aspektach bardzo tęskniłam. Teraz znów dostałam od losu parę chwil dla siebie.
Już nie muszę się martwić, że 2 w nocy, to za późno na granie.
Przynajmniej do końca 2009 roku ;)