Czemu tak jest, że jak zaczyna mi ktoś podłączać coś do kompa to: zaczynam się denerwować, motać i totalnie dekoncentrować.
Czemu tak jest, że te cholerne sprzęty, które ogólnie uważam, za niezłe wynalazki są tak oporne. Jak jedno działa, to drugie coś nie tak, jak działają efekty – nie działa pianino, jak działa pianino, to znów nie mogę go usłyszeć. Można oszaleć…

Już wiem! Właśnie przypomniałam sobie koncert w Olsztynie rok temu. Pamiętam jak elegancko usiadłam sobie z wiolką na scenie, przyszedł koleś bym mogła podłączyć się pick-up’em. Zaczynam grać kilka dźwięków …I nagle…
PANIKA, bo dźwięk jak nie mój, bo coś nie pasuje, bo przesterowane, bo to, bo tamto.
Normalnie trauma!

Przecież zawsze było tak, że wchodziłam, siadałam i grałam i było dobrze.
No właśnie…ale to było wtedy, kiedy grałam Bacha, Jemu kabelek nie był potrzebny.

Czuję się źle, że w taki obłęd wpadam. Chłopaki robią co mogą, ułatwiają wszystko, by było jak najmniej problemów. Ustawiają mi jakieś szablony, wgrywają programy tak, żebym tylko włączyła, usiadła i grała a ja…no cóż…niekiedy zachowuję się jak wariatka.
Może kiedyś nabiorę do tego więcej dystansu i ufności.

Na szczęście, jeszcze znajdują się Tacy, którzy w niezrozumiały dla mnie sposób znoszą te szaleńcze zachowania.
Dzięki :)