To się nazywa mieć DŁUG!
To się nazywa mieć DŁUG!
Gram już całkiem długo, a niestety do tej pory nikt mi nie wyjaśnił, gdzie powinien stać podstawek. Dopiero wizyta u pana Kuczkowskiego rozszerzyła moja wiedzę na ten temat. Ogólnie miałam wyobrażenie takie, że można sobie go swobodnie przesuwać, by poszukać innego brzmienia wiolonczeli. Więc, jak moja wiolka, brzmiała “nosowo”, to myślałam sobie ” stuknę podstawek parę milimetrów w lewo i będzie lepiej;)”.

I pewnie w tym myśleniu, było nieco prawdy, tylko tak naprawdę wszystko wokół podstawka, “f” (efów) i duszy jest najważniejsze i najbardziej czułe na brzmienie.
To, gdzie powinien stać podstawek jest zależne od budowy instrumentu, a kluczem do jego ustawienia są “f” (efy).
Co to są “f” (efy) ?
Płyta wierzchnia pudła rezonansowego wiolonczeli posiada dwa otwory w kształcie stylizowanej litery “f” (ef).
(Żeby nie mieć wątpliwości, że to literka F, a nie S, zaznaczyłam charakterystyczne kreseczki dla literki f - żółtym kółeczkiem). I właśnie to te kreseczki określają nam, gdzie powinien stać podstawek, na którym podparte są struny.

Kreseczka wyższa, pokazuje nam max wysokość stania podstawka (strzałka zielona).

Natomiast strzałka różowa pokazuje, mniej więcej środek stania podstawka.

Ciekawe czy wszystko w miarę jasno objaśniłam. Czekam na komentarze, w razie problemów, niejasności będę edytować ten wpis.
- człowiek, który tworzy, buduje instrumenty. Umie zadbać o nie i kiedy trzeba “wyleczyć”.
Kiedy wprowadziłam się do Warszawy, musiałam poszukać sobie takiego “lekarza” dla swojej wiolonczeli. Ci których znałam i odwiedzałam mieszkają w Łodzi, a w Łodzi niestety bywam ostatnio bardzo rzadko. Trochę za rzadko…
W Warszawie, pierwszego lutnika którego poznałam to – pan Michał Więckowski.
Koleżanka mówiła, że jest świetny i faktycznie, pierwsze spotkanie z Nim, było magiczne. Odwiedzałam Go systematycznie co kilka miesięcy (jak zdążyłam tylko uzbierać pieniądze) i inwestowałam w kolejną cześć wartą poprawienia, zmiany, by moja wiolka zaczęła brzmieć lepiej. Troszkę brakowało mi tego, że pan Michał mało mówił, ale uznałam, że po prostu taki jest i próbowałam sprytnie zadawać szereg pytań, by dowiedzieć się czegokolwiek o mym instrumencie.
Niestety, kiedy wybrałam się ostatnio z dość prostą rzeczą (wymiana strun) skasował mnie za tę “głupotę” niemiłosiernie. A jakby nie patrzeć, jestem Jego “stałym klientem”, który zostawia co kilka miesięcy kwoty bliskie tysiącu złotych! Trochę byłam niezadowolona, no ale przyjęłam to z pokorą. Tak naprawdę zezłościłam się wtedy, jak okazało się, że nie mogę grać. Grałam przez 1,5 tygodnia na strunach, które kaleczyły moje palce! A i tak już nie było im łatwo po skałach. Podstawek był za wysoko i na dodatek pojawiły mi się “wilki” w miejscach, gdzie wcześniej ich w ogóle nie było!
Zjawisko „wilka”, czyli występowaniu ostrego, nieprzyjemnego tonu w pewnych wąskich zakresach dźwiękowych. “Wilk” powoduje, że tak naprawdę nie da się zagrać dźwięku na którym on jest! Podobno ponad 80% wiolonczel posiada “wilka” i bardzo trudne jest zbudowanie instrumentu, który takowego “zwierzaka” by nie posiadało.
Podumałam. Kumpel dał mi namiar na innego lutnika – Andrzeja Kuczkowskiego.
Pierwsza reakcja: “Jej, czy on nie zepsuje mi Jej? Tak mu się ręce trzęsą” ;)
Zostawiłam wiolonczelę u pana Andrzeja aż na 5 dni! To nie było dla mnie proste i chyba to, że 3 dni byłam w domu, jakoś pozwoliło mi nie myśleć co się z dzieje z moim instrumentem.
Piątego dnia pojechałam wieczorem do pana Andrzeja i spędziłam tam aż 1,5 godziny! Opowiedział mi nie tylko co zrobił (spiłował podstawek, obniżył struny), ale także o rodzajach drewna, o tym, że muzycy mają kilka dusz, a nie jedną, że “wilk” wcale nie musi pochodzić z sęków, które są na pudle (pan Andrzej ustawił mi wszystko tak, że zniknęły “wilki”, a ten który był “od zawsze” ukrył się gdzieś i mogę teraz grać E na stunie G!).
Powiedział, że C-kant wcale nie ogranicza dźwięku. Było tego tyyyleee, że nie wiem o czym napisać na początku!
Cena za swoją usługę była naprawdę zaskakująco niska. Po rozmowach z kilkoma osobami, wiem, że pan Więckowski, robi świetne smyczki, a pan Kuczkowski jest tym lutnikiem, którego jakość wykonania nie cierpi, pomimo niższych cen.
Czy kiedy kontroler pojawia się w tramwaju, autobusie, to dostajecie paraliżu?
Dzisiaj znów, jak jechałam, wsiedli panowie i sprawdzali bileciki. Jak mnie to potrafi zestresować. Najczęściej dlatego, że nie pamiętam, gdzie ja wsadziłam ten piep*** skasowany bilet!
“Zatem róbmy to co lubimy w życiu. Jeśli naprawdę chcemy, marzenia się spełniają. Nasza determinacja jest w stanie pokonać wiele barier, które na pierwszy rzut oka są nie do pokonania. Nie znamy przecież do końca naszych możliwości. Trzeba próbować, a nie od początku myśleć, że nie da się, bo jest za trudne. Nagle świat się otwiera. A my patrzymy wstecz i przebyta droga wydaje się taka krótka. Przed nami wielka niewiadoma, która czasem może przerażać. Jednak niewiadoma staje się wiadomą, a my potem znowu spojrzymy wstecz i okaże się, że wszystko było takie łatwe. Może nie tyle, że łatwe, tylko my spodziewaliśmy się, że będzie trudniejsze.”
Zdążyłam postawić wiolonczelę w pokoju, zjadłam pyszną jajecznicę na nieopieczętowanych jajach, tylko takich od “prawdziwej kury”. Ale to brzmi bez sensu, jak byłam mała, to tylko takie się ciągle jadło, a teraz to normalnie rarytas – jajka od “prawdziwej kury”! Popiłam herbatę…uff… co za tydzień! Nawet nie mam czasu napisać, a mam tyle do nadrobienia.
1. Sprawa lutnika
2. Wiolonczela i nowe Jej oblicze
3. Co to wsparcie
4. Jak zawalczyć o marzenia. Czy uda się jedno spełnić?
5. Co to “zdziczenie?”
6. Dlaczego warto odpoczywać
Niestety pomimo chęci, wręcz rozpiera mnie energia, nie mogę się teraz pisać, w piątek mam seminarium i muszę czytać o takich dwóch kolesiach białkowych: jeden SAT a drugi OASTL się nazywa ;)
Ogarnę je a wtedy przerobie to, co siedzi mi na serduchu.
Ściąga jest, teraz już nie zapomnę.
Uwielbiam filmiki, które potrafią rozwiać moje wątpliwości, czy oby na pewno,
rozumiem to, co czytam ;)
Wiolonczela od czwartku u lutnika, a ja wylądowałam w łóżku z powodu bólu głowy. Dzisiaj jest sobota, wiolonczeli nadal nie ma, a głowa wcale nie przechodzi.
Tak to jest, jak zbyt emocjonalnie pochodzi się do swojego instrumentu ;)
Kupienie strun było strzałem w 10! Oczywiście nie mogłam tego uczynić wcześniej, bo chciałam ogarnąć podstrunnicę, duszę, podstawek. Musiał też upłynąć czas, by można było po prostu zarobić na kolejne zmiany. Jasne jest, że kupienie nowych strun nie spowoduje, że zaczniesz grać lepiej, ale na pewno usłyszysz więcej.
Na swoich Larsenach solo (A&D) i Spirocore Thomastik (wolfram G&C) gram 1,5 tygodnia. Brzmią naprawdę nieźle. Dwudźwięki pięknie stroją jest głośno i mięsiście.
W zależności jakie struny wybieramy oraz jaki instrument posiadamy, dajemy czas na “uleżenie się” strunom, brzmieniu, instrumentowi. Jest to około 2 tygodnie do miesiąca.
Larseny są znane z tego, że bardzo dobrze trzymają strój a ich dźwięk jest klarowny- potwierdzam. Nie zdarzyło mi się, że puściły strój na tyle, że musiałabym kręcić kołkami. Dźwięk natomiast odzywa się naprawdę szybko. Wszystko jest kompatybilne w 100%.
Tylko struny są nieco za wysoko. Wczoraj myślałam, że odpadną mi palce. Rozwiązania są różne, albo sama przesunę podstawek tak, żeby struny nieco opadły (przesunięcie podstawka wiąże się ze zmianą brzmienia instrumentu, pęknięciem struny a w gorszych przypadkach opadnięciem duszy). Mogę też spiłować podstawek, by obniżyć odległość między gryfem a strunami ( “spiłowanie” nie należy do czynności nie naruszających wszystkich wyżej opisanych elementów). Mogę też… pojechać znów do lutnika i on powinien to wszystko zrobić, swoją doświadczoną ręką.
![]()
No właśnie…i tutaj zaczynają się schody. Lutnik – lutnikowi nie równy. Jak to mawiają, “nie chodzi się ciągle do tego samego lekarza” … – no tak, ale który lekarz jest dobry dla Ciebie? Pan Michał – lutnik, którego swojego czasu nazwałam “Magikiem” zajął się niestety, ciemną stroną czarowania, bo Jego magia przestały działać na Moją wiolkę. Zmęczyło mnie to mocno. Nawet nie próbuję domyślać się jak mocno zmęczyło to Moją wiolkę.
Poprosiłam o telefon do nowego lutnika, wykonałam rozmowę i mam nadzieję, że jutro będzie dobrze. Oby tym razem, lutnik wiedział, jak poruszyć Jej duszę, by brzmiała jak nigdy przedtem.
Niekiedy pewne sytuacje w życiu mocno mnie rozbawiają. Szczególnie te, kiedy ktoś zrzuca winę w nie istotnej sprawie, by ukryć zachowanie, jakże mało wpisujące się w ramy przyzwoitości. Kiedyś przejmowałam się i było mi ciężko złapać chwilę równowagi /czasem nadal jest ciężko/, bo jakby nie patrzeć, ktoś krytykuje Cię za Twój sposób myślenia.
Na szczęście ta choroba jest uleczalna. Teraz częściej zauważam, że ktoś pogrywa, pozwala sobie na chwyty, których nie powinien wykonywać i robi to z pełną świadomością. Takie zachowania zapracowały już na swoją własną nazwę w Wikipedii.
Mnie nie pozostaje nic innego niż świadomość, że przede wszystkim mam szanować innych. Bez względu na to jaki poziom kultury reprezentuje.