- człowiek, który tworzy, buduje instrumenty. Umie zadbać o nie i kiedy trzeba „wyleczyć”.
Kiedy wprowadziłam się do Warszawy, musiałam poszukać sobie takiego „lekarza” dla swojej wiolonczeli. Ci których znałam i odwiedzałam mieszkają w Łodzi, a w Łodzi niestety bywam ostatnio bardzo rzadko. Trochę za rzadko…
W Warszawie, pierwszego lutnika którego poznałam to – pan Michał Więckowski.
Koleżanka mówiła, że jest świetny i faktycznie, pierwsze spotkanie z Nim, było magiczne. Odwiedzałam Go systematycznie co kilka miesięcy (jak zdążyłam tylko uzbierać pieniądze) i inwestowałam w kolejną cześć wartą poprawienia, zmiany, by moja wiolka zaczęła brzmieć lepiej. Troszkę brakowało mi tego, że pan Michał mało mówił, ale uznałam, że po prostu taki jest i próbowałam sprytnie zadawać szereg pytań, by dowiedzieć się czegokolwiek o mym instrumencie.
Niestety, kiedy wybrałam się ostatnio z dość prostą rzeczą (wymiana strun) skasował mnie za tę „głupotę” niemiłosiernie. A jakby nie patrzeć, jestem Jego „stałym klientem”, który zostawia co kilka miesięcy kwoty bliskie tysiącu złotych! Trochę byłam niezadowolona, no ale przyjęłam to z pokorą. Tak naprawdę zezłościłam się wtedy, jak okazało się, że nie mogę grać. Grałam przez 1,5 tygodnia na strunach, które kaleczyły moje palce! A i tak już nie było im łatwo po skałach. Podstawek był za wysoko i na dodatek pojawiły mi się „wilki” w miejscach, gdzie wcześniej ich w ogóle nie było!
Zjawisko „wilka”, czyli występowaniu ostrego, nieprzyjemnego tonu w pewnych wąskich zakresach dźwiękowych. „Wilk” powoduje, że tak naprawdę nie da się zagrać dźwięku na którym on jest! Podobno ponad 80% wiolonczel posiada „wilka” i bardzo trudne jest zbudowanie instrumentu, który takowego „zwierzaka” by nie posiadało.
Podumałam. Kumpel dał mi namiar na innego lutnika – Andrzeja Kuczkowskiego.
Pierwsza reakcja: „Jej, czy on nie zepsuje mi Jej? Tak mu się ręce trzęsą” ;)
Zostawiłam wiolonczelę u pana Andrzeja aż na 5 dni! To nie było dla mnie proste i chyba to, że 3 dni byłam w domu, jakoś pozwoliło mi nie myśleć co się z dzieje z moim instrumentem.
Piątego dnia pojechałam wieczorem do pana Andrzeja i spędziłam tam aż 1,5 godziny! Opowiedział mi nie tylko co zrobił (spiłował podstawek, obniżył struny), ale także o rodzajach drewna, o tym, że muzycy mają kilka dusz, a nie jedną, że „wilk” wcale nie musi pochodzić z sęków, które są na pudle (pan Andrzej ustawił mi wszystko tak, że zniknęły „wilki”, a ten który był „od zawsze” ukrył się gdzieś i mogę teraz grać E na stunie G!).
Powiedział, że C-kant wcale nie ogranicza dźwięku. Było tego tyyyleee, że nie wiem o czym napisać na początku!
Cena za swoją usługę była naprawdę zaskakująco niska. Po rozmowach z kilkoma osobami, wiem, że pan Więckowski, robi świetne smyczki, a pan Kuczkowski jest tym lutnikiem, którego jakość wykonania nie cierpi, pomimo niższych cen.



