Wpisy z miesiąca Maj, 2010

* * *

Wpierw wierzy się we wszystko bezkrytycznie, potem przez długi czas z zastrzeżeniami, potem nie wierzy się wcale i w końcu wierzy się częściowo, ufając, że przyjdzie taki dzień i wszystko zniknie w niepamięć.
Czekam na to ostatnie…

Siedzę na łóżku. Otacza mnie tylko dźwięk wiatraków zza okna i wiatraczek w komputerze. Zdałam sobie sprawę z faktu, że ostatnio bardzo mało słucham muzyki. Piekielnie mało. Czy to dlatego, że dużo gram? Nie sądzę. To nowość dla mnie – nie słuchanie muzyki. Dobrze mi teraz z tym.
Choć, brzmi to dosyć dziwnie.

Od południa czytam. Wprawdzie w tramwaju, ale trasa dzisiaj dosyć długa (ponad 30 minut w jedną stronę) więc było przyjemnie. Lubię czytać w tramwaju. Czas szybciej upływa. Dzisiaj zaciekawiło mnie takie zdanie, że mięśnie zdobywa się trudno a łatwo się je traci i że to zupełnie odwrotnie niż z tłuszczykiem, który zalega gdzieś na brzuszku. No właśnie… Miałam przygotować dzisiaj wyjątkową kolację. Smaczną, taką, by poczuć smak każdego składnika, zapach całości. Niestety zjadłam wcześniej bułkę z serem śmietanowym i szczypiorkiem i … Wybacz J. nie mam weny na dzisiejsze gotowanie, wyjęłam wiolonczelę i oswajam się.

Wczorajsza lekcja wiolonczeli dużo pomogła. Faktycznie wiolonczela brzmi wspaniale! Kwintuje, alikwoty się odzywają, przez co dźwięki ładnie wybrzmiewają. A to, że twardość inna, no cóż. Trzeba popracować a za chwile pewnie zapomnę, że miałam z tym problem. Kiedy grałam, szczegółowo przyglądałam się palcom. Niestety 1 i 2 palec mnie nieco boli. Tak od środka i wiem czemu. To przez Aptekę i drogę, którą zrobiłam. Już wtedy, kiedy wpinałam ten jeden ekspres poczułam, że dałam im czadu i okazało się, że coś było na rzeczy.

Wystraszyłam się.
Przerwałam granie, ale za 5 minut ponownie rozpoczęłam. Tym razem powoli. Od długich nut, bez wibracji, żeby tylko dobrze postawić palec na strunie i poczuć czy coś się dzieje. Nic się nie działo. Wszystko ok. Więc pograłam więcej, a potem zajęłam się prawą ręką i smyczkiem sautillé. W myślach przypominałam sobie słowa nauczycielki: „trzeba się totalnie rozluźnić, palce luźno”. Nawet coś załapało. Ale jak to w nauce, wszystko trzeba dawkować i najlepiej z nowym materiałem się przespać. Po czym kolejnego dnia, powtórka i tak do chwili, kiedy czujemy, że nie myślimy zbyt wiele nad czynnościami, które wykonujemy. W sumie we wspinaniu jest podobnie. Na początku uczysz się wachlarza ruchów, chwytów, odpoczywasz, potem znów powtarzasz, by sekwencje ruchów, nabrały dobrego dynamizmu. A wtedy zaczyna samo wszystko działać, bez większego wysiłku.

Miałam wybrać się na Noc Muzeów, jednak ostatnio jak pojawiłam się w centrum Warszawy, przeraziła mnie ilość napotkanych ludzi i poczułam się nieswojo. Nie mam ochoty przeciskać się przez tłumy, by obejrzeć coś, co mogę każdego innego dnia, za niewielka odpłatnością. Wiem, czasem można obejrzeć dzieła, bądź miejsca, które normalnie nie są dostępne, ale chyba w tym roku nie czuję takiej potrzeby.

Na biurku leży sterta artykułów. Wezmę się za nie jutro. Dzisiaj chcę pooddychać. Spokojnie. Należy mi się taki dzień bez zbędnego ciśnienia. Otworzę chyba piwko. Wszystkie już sprezentowałam i został ten jeden egzemplarz – dla mnie – Jacobsen z Kopenhagi.

Dałabym wiele, by nie mieć już nigdy takiego snu jak dziś…

Struny założone. A i D jakaś taka tępa, aż palce bolą od przyciskania.
G i C wolframowe brzmią genialnie!

Tylko mam problem. Nie umiem na nich grać!

Rola partnera tak jak w życiu tak i we wspinaczce jest niezwykle ważna. Przekonałam się o tym w skałach. Jakby nie patrzeć to od partnera z którym się wspinasz, zależy bardzo wiele. W końcu to On cię asekuruje i od niego zależy czy polecisz 10 czy 20 metrów w dół. Od niego zależy czy czujesz się wystarczająco pewnie i decydujesz się na ruch w nieznane, bo wiesz, że w najgorszym wypadku, jak omsknie Ci się noga, po prostu cię „złapie”. Działa to oczywiście w dwie strony. Gorzej jeśli ma się poczucie, że działa tylko w jedną. Niezłą szkołę dostałam w przeciągu ostatnich 4 dni. Doświadczyłam różnych emocji, różnych sytuacji i wiem jedno, ta lina nie jest asekuracyjna, tylko holownicza.

Inspiracja: Lina asekuracyjna czy holownicza

Byłam w Podlesicach, koło Zawiercia (to niedaleko Tych;)
Dawno nie miałam takiej adrenaliny. Skały są niesamowite, może spróbujesz Jacku? :) Przyjechałam nieco obita, palce całe, ręce całe, nogi też, więc jest ok.

Zaskoczyła mnie jednak ilość snu w przeciągu ostatnich dwóch dni.
Wczoraj jak wyszłam z labu, pobiegłam kupić struny. Oczywiście nie obyło się bez nerwów i przerażającej miny kiedy doszło do płacenia… Ale w końcu je mam. Żeby poczuć się lepiej, skoczyłam na ulubione pierogi z cheddarem, pomidorem, mozzarellą i pestkami dyni, piwko i … wydaje mi się, że wracałam do mieszkania śpiąc. A to była dopiero 19. W drodze skoczyłam do empiku, kupiłam kolejną książkę Murakami’ego i rzuciwszy torbę na podłogę, padłam na łóżko i tak pozostałam w nim do rana :)
Chyba te skały wyciągnęły ze mnie wszystkie pokłady sił. Na szczęście już się ładuję.

Dzisiaj czeka mnie zakładanie strun i sprawdzenie jak wspinaczka działa na moje paluszki. Na wiolce jeszcze nie grałam od wyjazdu, z pianinem nie było problemów. Zobaczymy :)

 

„Patrzenie z dołu
przeszkadza zerknąć do środka.”

 

oby tak było…

Uff…spakowana…no prawie.

Chyba czuje delikatne napięcie. Wracam w  niedzielę, więc czeka mnie totalny odwyk od komputera. Przyda się, może inaczej spojrzę na wszystko wokół.
Życzcie dobrej pogody! :)

Wiedz, że po każdym upadku jesteś mocniejsza.

Takiego apetytu dawno nie miałam. Przez ostatnie dwa dni zjadłam tyle, że dzisiaj sobie śniadanie odpuściłam, bo jeszcze czuje się najedzona! Dzięki temu mogłam dłużej podrzemać w ciepłym łóżeczku, przykryta mięciutkim kocykiem :) No i ten zapach bzu w pokoju…ach…

Wstałam elegancko i jak tylko wszyscy wyszli włączyłam moje pianino i znów tłukłam! W międzyczasie kawka, szybki research w szafie i już gotowa do działania. Pędzę na seminarium. Dzisiaj: „Procesy oddychania beztlenowego bakterii i ich zastosowanie”.