Paprotki to rośliny, których chyba nigdy nie rozgryzę. Całe dzieciństwo widziałam jak mama się nimi opiekuje, były wszędzie- w każdym pokoju, na podłodze, na ścianie, w kwietniku. Na studiach rozpoczęłam próby wyhodowania swojej własnej. Niestety, każda próba kończyła się totalną klapą. Pamiętam jak mama mówiła, że każda paprotka ma swojego właściciela i trzeba ją dostać bardzo szczerze, a będzie rosnąć.
Więc każdą paprotkę, którą dostałam, bądź kupiłam – hodowałam do momentu, aż widziałam, że jej nie pasuje u mnie. Bardzo często tak było- w sumie zawsze!
Wtedy dawałam mój ledwo żywy okaz, komuś kto się nią zainteresował. Raz to był kumpel z piętra w akademiku. Lubił rośliny, widział, że licho mi rośnie, więc nie zastanawiając się, powiedziałam, żeby ją wziął. Przyszłam do niego za kilka miesięcy i zobaczyłam bujnie rozwijające się listeczki!Nawet chciał mi ją oddać, ale przecież ona wybrała sobie już właściciela.
Dzisiaj rano, moja lokatorka przybiegła z paprotką, którą dałam jej zimą (wtedy nie wyglądała za dobrze). Pokazała mi jak wypuszcza nowe liście. Ucieszyłam się, bo Marta zawsze mówiła, że kwiatki jej nie chcą rosnąć. A jednak! ;)
A ja…w końcu doczekałam się takiego okaza, który o dziwo już 4 miesiąc mieszka ze mną i ma się naprawdę dobrze! :)