Wpisy z miesiąca Lipiec, 2010

Zoe Keating wydała nową płytę “Into The Trees”. Przesłuchałam ją wczoraj, słucham z rana i jestem nieco rozczarowana. Moim zdaniem jej wcześniejsze pomysły były o niebo lepsze! By samemu ocenić jej poczynania nie kierując się opinią jednej osoby, podaje źródło gdzie można przesłuchać większą część nowej płyty: Into The Trees .

Ostatnio bardziej zainteresowała mnie Julia Kent,
która ma koncert 20 września w Kopenhadze!

Moja znajoma za miesiąc bierze ślub.
Tak też się składa, że dwa miesiące później wyjeżdża na tydzień do Australii. Wszystko wydawałoby się piękne, gdyby nie fakt, że zmienia nazwisko :]
Nagle okazuje się, że bilet za który zapłaciła w maju jest na inną osobę. Nie na Nią.
W końcu zmienia nazwisko, a więc dla Państwa jest “nowym obywatelem”.
Pomyślałam, niemożliwe, że może być z tym taki problem. Jeśli ktoś chce zmienić nazwisko to pewnie można elegancko to wszystko rozwiązać. Oczywiście można.
Tylko trzeba zapłacić. Nagle wyjazd do Australii staje się totalnie utrudniony, gdyż koszt zmiany danych na bilecie, numeru paszportu itd…po prostu kosztuje grube pieniądze.
Nigdy nie zgadzałam się z tym, że jak zmienia się nazwisko to człowiek staje się kimś innym. Teraz nie jestem tego taka pewna. Przecież mentalnie nic się nie zmienia, ale jakby nie patrzeć kobieta przyjmuje nową tożsamość…

Czym? Chyba wszystkim co się dzieje wokół :))))

Przeczytałam “Cztery Miłości” C.S. Lewis’a.
Nie jest to książka przygodowa, ze sporą dawką humoru. Wręcz przeciwnie. Trochę ciężka, jak na takie upalne dni. Nie do ogarnięcia jednego wieczoru, bo nad wieloma wątkami trzeba chwilę się zastanowić.
Po jej przeczytaniu stwierdzam, że Lewis jest bardzo wierzącym człowiekiem. Zajrzałam do Wikipedii i odkryłam, że jest mi.in.teologiem (wiadomo, teolog nie równa się katolik), aczkolwiek, spora część jego twórczości to literatura chrześcijańska :]

Na półce Gregory’ego leży Anna Kańtocha “Zabawki diabła”… spróbuję teraz tego.

Ostatnio uznałam, że moja technika pozostawia wiele do życzenia. Znalazłam zatem stronę z darmowymi nutami dla wiolonczelistów. Wydrukowałam 2 zbiory ćwiczeń na prawą, na lewą rękę – i dla radości jeden z kaprysów Piatti’ego. Od kilku dni ćwiczę.
Legato, staccato, arpeggio, zmiany pozycji, skoki w melodiach, atonalność, rytm, szybkość. Ogólnie- wymiękam.
Kciuk boli niemiłosiernie od strun, które wbijają mi się w skórę…taki kaprys sobie wybrałam. Aczkolwiek nie dlatego, żeby poćwiczyć kciuk, po prostu ten kaprys jest piękny, a że nie wiem czy w moim zasięgu…zobaczymy…rozczytałam dopiero pół strony, czyli około 1:20 nagrania z YouTube’a (oczywiście w tempie żółwia, ale przynajmniej już nie “chodzę po sąsiadach” i świadomie stawiam palec).

Ciekawe jak długo będzie trwała moja determinacja, by granie stało się czymś więcej, niż poprawnym wykonaniem…

Gdy brak Ci słów, opisz mnie nutami swojego serca,
a w zamian otrzymasz muzykę moich najpiękniejs
zych snów.

The Irrepressibles

Paprotki to rośliny, których chyba nigdy nie rozgryzę. Całe dzieciństwo widziałam jak mama się nimi opiekuje, były wszędzie- w każdym pokoju, na podłodze, na ścianie, w kwietniku. Na studiach rozpoczęłam próby wyhodowania swojej własnej. Niestety, każda próba kończyła się totalną klapą. Pamiętam jak mama mówiła, że każda paprotka ma swojego właściciela i trzeba ją dostać bardzo szczerze, a będzie rosnąć.
Więc każdą paprotkę, którą dostałam, bądź kupiłam – hodowałam do momentu, aż widziałam, że jej nie pasuje u mnie. Bardzo często tak było- w sumie zawsze!
Wtedy dawałam mój ledwo żywy okaz, komuś kto się nią zainteresował. Raz to był kumpel z piętra w akademiku. Lubił rośliny, widział, że licho mi rośnie, więc nie zastanawiając się, powiedziałam, żeby ją wziął. Przyszłam do niego za kilka miesięcy i zobaczyłam bujnie rozwijające się listeczki!Nawet chciał mi ją oddać, ale przecież ona wybrała sobie już właściciela.
Dzisiaj rano, moja lokatorka przybiegła z paprotką, którą dałam jej zimą (wtedy nie wyglądała za dobrze). Pokazała mi jak wypuszcza nowe liście. Ucieszyłam się, bo Marta zawsze mówiła, że kwiatki jej nie chcą rosnąć. A jednak! ;)

A ja…w końcu doczekałam się takiego okaza, który o dziwo już 4 miesiąc mieszka ze mną i ma się naprawdę dobrze! :)