Odkrywam nagrywanie na mini dysku. Wiem… tak nagrywano dawno temu, ale mnie odpowiada ten sposób, gdyż wiąże się  z trzema przyciskami: rec, stop, play i małą ilością kabli do podłączania.

To idealne rozwiązanie dla osoby tak niecierpliwej jak ja. Wcześniej podłączenie pick-up’a, kabli, karty dźwiękowej, programu, doprowadzał mnie do takiego stanu, że zanim cokolwiek ustawiłam, to zdążyłam już stracić zapał do nagrania. Teraz mikrofon wisi na pulpicie, wciągam słuchawy na uszy (dzięki Gregory), włączam rec i gram!

Po dwóch dniach, dysk zapełnia się całkiem pokaźną ilością ścieżek. Wystarczy zrzucić materiał na komputer, sformatować mini dysk i można nagrywać dalej.
Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że wiolonczela w tych nagraniach brzmi jak wiolonczela, dźwięk jest pełny i przede wszystkim ma w sobie moc. Wprawdzie jeszcze nic z tymi ścieżkami dalej nie robiłam, ale sądzę, że będzie można wiele fajnych rzeczy wyciągnąć z tych nagrań. A kawałki, może w końcu zaczną brzmieć tak, jak sobie wymyśliłam!