Zawsze jak wracam z domu, czekam około 30 minut na pociąg w Koluszkach. I tym razem tak było. Wysiadłam z osobowego, którym przyjechałam do Koluszek, poszłam do kasy, kupiłam bilet do Warszawy i podążałam w kierunku peronu. Nawet było ciepło, więc miałam plan usiąść na ławeczce i poczytać…Nie poczytałam. Na peronie stała grupa sześciu mężczyzn z gitarą, śpiewnikami i mocnymi głosiskami. Muszę przyznać, że całkiem przyjemnie śpiewali te szanty, pogwizdywali i w sumie widać było niezłego powera (później okazało się, że panowie wracali z kawalerskiego z Mazur). Oczywiście jak zobaczyli na moich plecach wiolkę, zaraz podeszli i zaczęli prosić, żebym wyjęła ją i się przyłączyła…Długo nie dałam się prosić, w końcu jak muzyka to muzyka- miejsca nie wybiera -więc dzisiaj w Koluszkach na peronie 1 czekając na pociąg…grałam szanty :)))
Może jednak podróżowanie z wiolką, nie zawsze musi kończyć się traumatycznie :)




