Dzisiaj z muzyką spędziłam czas do 4:30 rano. Spałam 2 godziny i poszłam do pracy.
Już wszystko wiem, nie oszukam samej siebie. Nawet jakbym chciała być kimś innym, nie zmienię tego, kim jestem tam w środku.

Odnalazłam siebie i wszystko nagle zaczęło grać…

 

Do sali wszedł lekarz: „znalazłem książkę w której napisano, że podobno ten gad czasem się zmniejsza a nawet znika…”.
Przez salę przeleciał motyl nadziei…spojrzenie pacjentów się wyostrzyło, chwilowo nabrało blasku…Lekarz czytał dalej, skupiając brwi na słowach artykułu… „tyle, że trzeba mieć czyste sumienie”…dokończył.

 

Wesołych Świąt.

Dzień rozpoczął się kwitnąco. Kurier przyszedł i wręczył mi kwiaty?! Chwilę miałam zwątpienie od kogo, ale już mi ktoś raz zrobił takiego psikusa i nie pomyliłam się :) Dziękuję to strasznie miłe tym bardziej, że po prostu kocham kwiaty!

Ostatnio myślę, nad „normalnym życiem”..cóż wnioski jakie wysuwam zaskakują mnie coraz bardziej…

plakat

Coś się wydarzyło, coś się dzieje. Ciągle. Powinnam,albo to wszystko spisywać, albo nagrywać siebie, jak to robię codziennie jak gram. Nie potrafię tego objąć umysłem. Nie umiem TERAZ wyciągać wniosków, bo czas pędzi, dzieje się ciągle wszystko, każdego dnia. Pędzi. Ja jestem w tym samym miejscu, tu. W mieszkaniu.  Ale reszta..szaleje.
Dni mnie zaskakują, ludzie mnie zaskakują. Czy źle? dobrze? Nie wiem, będę wiedziała niedługo, kiedyś, za dzień, dwa, miesiąc, rok, lata,10 lat, 20… zastygłam w pewnych rzeczach, wytyczyłam granice, ufam sobie. Tylko sobie. Wszystko się przenika, rozszerza, zaskakuje, codziennie. To jakby opętało już wszystko, to się dzieje, nie mam już wpływu na to, to się dzieje, nie zatrzymam tego, bo nie chcę,  bo nie czuję, bo tak idzie, pędzi, dzieje się. Powinnam być przerażona, jestem spokojna, nieco przemęczona wrażeniami, ale jednocześnie przyzwyczajona do nich, takiej ilości. Patrzyłam dzisiaj w niebo w dzień, chmury zakryły widok..stałam, nieco zmarzłam..patrzyłam… i już nie wzdychałam, by pomogło. Ta machina się rozkręciła sama. Czuję jakby ożywiła coś, co nie istniało, a może było, może tak uwierzyłam, że zaczęło istnieć. Co się dzieje? Nie wiem, słowa tego nie opiszą, emocje także nie, bo nie czuję szarpania, nie czuję bólu, uśmiecham się, częściej, dostaje głupawki, jadę samochodem i już się nie mylę, jadę drogą i trafiam do celu. Spokój..

Jadę rano do pracy, włączam radio, śpiewam, krzyczę w tych 15 minutach, energia mnie rozpiera, uśmiecham się do siebie, że takie wariactwa odwalam o 7 rano…wchodzę do pracy, przebieram w fartuch…spokój…luz…jakby symbioza, harmonia, chociaż czasem sił brak, ale fizycznie…i wracam…spokojnie siadam i znów gram..i potem jedna osoba, druga, piąta, telefon, sms, spokój…
Zasady, ale takie, które nie zabierają mnie w klatkę, wolność, zdecydowanie, niepokój i strach czasem się przewinie, bo nie wiesz co co będzie, co się wydarzy…ale znów wstajesz, pijesz kawę…idziesz..zamiast płakać,znów uśmiechniesz się do siebie, skąd to..? nie wiem. lepiej byłoby to wypunktować, ale bez sensu, nie da się.
zapisałabym tutaj milion kartek by zapisać każdą sytuację, one nie są przypadkowe, nie ma przypadku, coś się dzieje.

co będzie za chwilę, za dzień, za miesiąc, rok, 10 lat…
gdzie ta maszyna, której dałam istnienie, co to jest, gdzie to jest, mam się bać?

Dużo zmieniło się w moim myśleniu. Nastała klarowność myśli, uczuć, odczuć, intuicja przestała zawodzić, a gdy nie wiem co myśleć, daję czasowi Czas i w cierpliwości oczekuję na znaki, wskazówki, które poprowadzą mnie do rozwiązania. Wstaję rano, czuję siłę w ciele. Drugi dzień mogę skupić się totalnie na tym co robię, podejmuję decyzje, zdecydowanie wyrażam swoją opinię. Ścieram się z różnymi charakterami, uczę się pracy w zespole, uczę się rozróżniać prawdę od kłamstwa, uczynności od wykorzystania. Nie daję się wykorzystać. Płaczę czasem, gdy emocji jest zbyt wiele, ale tylko po to by wstać i iść dalej. Mam niezwykłe pokłady siły wewnętrznej, jasności i tak bardzo się cieszę, że nadszedł ten spokój.

Długo na to czekałam i się doczekałam. Nareszcie mogę zająć się sobą, tylko sobą. Być choć raz egoistką, choć na chwilę, wyłączyć telefon i nie pozwolić nikomu wejść tam, gdzie jestem.

 

Śpię po 3 godziny. Zmiana czasu doskwiera, ale energii nie brakuje. Zaskakujące. Zaskakujące są te dni. Słucham moich pomysłów zapisanych gdzieś i myślę sobie…jaaa…woow..uszy mi się trzęsą..nagle rzucam to, bo tu gdzieś znów coś nowego w innym stylu i nagle znów coś jeszcze w innym i pierwszy raz od 2 lat grałam dzisiaj z kimś. Pierwsze 10 minut- żenujące. Spięłam się, zestresowałam, ale potem jak już byłam sama i wróciłam do tego…WOW…!!!?! czuję to! i się tyle nauczę, znów coś nowego…i nagle ta świadomość, że już 22…i już powinnam odpocząć odsapnąć a tu jeszcze chciałabym tyle. Powinnam dobrze zarządzić czasem w pracy  i znów od nowa wszystkiego się nauczyć, brakuje mi tylko wolnej powierzchni od tych kabli…zabawne, marzyłam mieć tysiące kabli i mam, ale teraz po prostu już o nie się obijam. Wszystko gra i buczy a za chwilę znów będzie kolejna nowa rzecz. Oszaleję, ale tak pozytywnie. Patrzę na tę myszkę Miki w zegarku z Disneylandu i dumam, ale fajnie, że sobie kupiłam zegarek tam on taki śmieszny… nóżki Miki wskazują godziny i minuty :))

 

Tylko bycie sobą może uchronić Cię przed najgorszym.

 

Chciałabym to wszystko opisać, ale nie mam słów.
Więc napiszę tylko tyle, że ocean jest piękny. Przestrzeń pozwala oddychać i wszystko inne przestaje istnieć.
Najpiękniejsza chwila to ta, gdy w głowie nagle nie ma nic. Tylko Ty, droga i …czas, który także  zmieniony, przestawia świat.

Na początku zaczęło się od tego, że kiepsko brzmiało coś. Męczyłam się, ustawiałam pick-up, ale to nie było to. To była Ona..
Już w listopadzie czułam, że coś się z nią dzieje, rozklejona nie była, tak w nią stukam pukam, znam jej odgłosy, były ok.
Nagle kolejny „wilk” się pojawił na strunie..myślę sobie, no nie.przecież tak nie było, nie może tak być. W sumie byłam u lutnika tydzień temu, ale zrobił kosmetyczną rzecz i tyle…nadal coś mi nie grało…Niestety nie wiedziałam jak się do tego wziąć. I nagle przyszedł dzień, czwartek…wieczór. Nie dało się grać. To było tak brzydkie, że wzięłam do ręki telefon i dzwonię..”proszę Pana ona źle brzmi, nic nie daje, niech Pan ją zabierze, bo przysięgam wyrzucę ją za okno…”. Dosłownie powiedziałam tak..nie wyrzuciłabym jej, ale chciałam, by lutnik zrozumiał, że to WAŻNE!

Więc rano następnego dnia, już byłam u lutnika. Doszliśmy co to było!! Okazało się, że podstrunnica nie ma dobrego holu, tzn..zamiast pewnej wklęsłości, ma wypukłość…i….okazało się, że to właśnie wina TEGO lutnika, kiedy to zrobił..wprawdzie, lepiej w tę stronę niż w drugą, bo jakby nie było, łatwo jest ściąć kawałek hebanu z podstrunnicy niż potem go doklejać (tym bardziej, że się nie da i trzeba wymieniać całą część).  Przez to, że była taka „górka” pojawiały się przydźwięki, i wilk…?!!!! No dobrze. Pomyślałam, niech Pan robi, jak ma być tylko lepiej, to Panu ufam.
Lutnik swoją drogą bardzo się przejął, że zostawił taką górkę i z wrażenia nic ode mnie nie wziął- w sensie pieniędzy za naprawę. To było miłe z jego strony. Mnie było wprawdzie wszystko jedno, zauważyłam, że chyba nie ważne już co ktoś zrobił kiedyś, ważne by w tym momencie mogło być lepiej. Bo to, że on się przyzna, to świadczy o jego klasie, ale że spróbuje mi pomóc i to szybko (a dokładnie Jej) to jest dla mnie 1000 razy ważniejsze.

Następnego dnia rano, znów przyjechałam do niego. Wiolonczela nareszcie brzmi jak powinna. Boże, to ja tyle lat się męczyłam z tym, że te dźwięki były takie trochę „nieczyste”, zawsze miały „coś”, wilka nie ma, a mój palec gdzie staje tam jest czysty jasny dźwięk….poza tym kwintuje, wszystko gra i buczy.

 

Po tym wszystkim, zajęliśmy się pick-up-em. Nareszcie znalazł się ktoś, to mi pomógł z tym, niewiele wiedząc.
Ale jak wiadomo, wymiana informacji często pomaga, ja wiem to, on wie coś innego. Takim sposobem doszliśmy do wielu ciekawych konkluzji, nie mówiąc, że poczułam się z nim jak z ojcem w warsztacie…

 

Dzisiaj jest poniedziałek. Wczoraj wieczorem gram…i nagle smyczek pęka!
Pomyślałam..NIE!!!!!!!! na szczęście tylko jedna mała część puściła..i włosie po prostu uwolniło się. Znów telefon…lutnik…
Raz myślę sobie, czy to jakaś złośliwość, że TERAZ to wszystko?
Po czym myślę, jak dobrze, że to wszystko dzieje się TERAZ a nie tam….:)))
Z drugiej strony, jaka szkoda, że nie mam drugiego smyczka…czy kiedyś będzie mnie na niego stać? Chciałabym bo, w sumie z tym jednym, to szaleństwo widzę…coś się stanie i pozostajesz jak bez ręki.

 

Pędzę do lutnika.

 

A! I pierwszy raz moje zapiski tutaj mi w czymś pomogły, mogłam z totalną dokładnością powiedzieć lutnikowi, kiedy była wymieniana podstrunnica u niego (2009), kiedy byłam ponownie u niego (2010)…Niby takie pisanie, a jednak…kawał mojego życia i mojej wiolonczeli też :)